Dzięki WKKM mieliśmy okazję zapoznać się z przygodami Thora w kilku różnych odsłonach ("Thor: W poszukiwaniu bogów", "Thor: Odrodzenie", "Avengers: Impas", nie licząc albumów, które zawierały jego występy spoza solowych serii), a wszystko wskazuje na to, że do końca jeszcze daleko. W tomie trzydziestym ósmym Hachette zaprezentowało nam "Ostatniego Wikinga", czyli zbiorek składający się z pierwszych siedmiu zeszytów trzyletniego runu Waltera Simonsona z połowy lat osiemdziesiątych. Wersja Simonsona jest przynajmniej tak samo znana jak dużo późniejsze Straczynskiego, czy Jurgensa, a przez wielu fanów jest uważana za najlepszą rzecz, jaka przydarzyła się Thorowi w jego całej komiksowej historii. Niedawno też dorobiła się za oceanem pięknego zbiorczego wydania w formacie Omnibus. Polskie wydanie to oczywiście tylko niewielka cząstka całości, ale wystarczająco duża, żebym wyrobić sobie zdanie i zdecydować czy warto zapoznawać się z resztą.
Strony
piątek, 23 maja 2014
niedziela, 11 maja 2014
Ród M
Wydany przez Hachette "Ród M" to typowe marvelowskie "wielkie i ważne wydarzenie (po polsku event), po którym już nic nigdy nie będzie takiego samo". Dziś już samo takie stwierdzenie brzmi zabawnie, bo "mistrzowie" marketingu z Domu Pomysłów tak reklamowanymi eventami raczą nas już nawet nie raz do roku a raz na kilka miesięcy, przez co zmiany komiksowego status quo nie mogą być tak istotne zwłaszcza, że mają szansę się utrzymać tylko do kolejnego wielkiego eventu. A przede wszystkim ludzie mają ich (i eventów i zmian status quo) po prostu dosyć.
Jednak "Ród M", czyli w oryginale "House of M" jest matką wszystkich dzisiejszych eventów, z czasów gdy nie były jeszcze plagą. Brian M. Bendis przechwalał się, że zakończenie jego historii spowoduje, że internet pęknie na pół, co było dużą przesadą, ale jest faktem, że fani byli zaskoczeni (wliczając w to mnie) a skutki i reperkusje były odczuwalne w świecie Marvela jeszcze przez lata. W związku z powyższym w stosunku do "Rodu M" stwierdzenie, że nic już nie będzie takie samo, było uzasadnione.
Jednak "Ród M", czyli w oryginale "House of M" jest matką wszystkich dzisiejszych eventów, z czasów gdy nie były jeszcze plagą. Brian M. Bendis przechwalał się, że zakończenie jego historii spowoduje, że internet pęknie na pół, co było dużą przesadą, ale jest faktem, że fani byli zaskoczeni (wliczając w to mnie) a skutki i reperkusje były odczuwalne w świecie Marvela jeszcze przez lata. W związku z powyższym w stosunku do "Rodu M" stwierdzenie, że nic już nie będzie takie samo, było uzasadnione.
niedziela, 23 marca 2014
Spider-Man: Niebieski
"Spider-Man: Niebieski" to część tzw. "kolorowej" trylogii panów Jepha Loeba i Tima Sale'a. Jej motywem przewodnim nie jest jednak walka o równouprawnienie czarnoskórych Amerykanów ani prawa tęczowych mniejszości seksualnych. "Spider-Man: Niebieski", "Daredevil: Yellow" i "Hulk: Grey" to opowiedziane na nowo klasyczne przygody trzech bohaterów Marvela. Niestety nie znam pozostałych dwóch, ale zakładam, że "Szary" i "Żółty" są podobnie jak "Niebieski" swoistą podróżą sentymentalną dla fanów postaci. I jest to koncept, który albo się komuś spodoba, albo nie. Ja zdecydowanie należę do grupy pierwszej. Ale zanim przejdę do omówienia samego komiksu, chciałbym zatrzymać się nad jego twórcami. Otóż panowie Loeb i Sale bardzo często pracują w duecie, co zresztą wychodzi im na dobre. W końcu dzięki ich współpracy powstały takie perełki jak "Batman: Długie Halloween", "Batman: Mroczne zwycięstwo", "Superman: Na wszystkie pory roku" czy "Wolverine/Gambit: Ofiary". Choć obaj panowie otrzymywali nagrody za swoją twórczość w tym m.in. Nagrody Eisnera oraz Nagrody Magazynu Wizard, to najwięcej mają ich za wspólne projekty (trzy nagrody Eisnera i dwie Wizarda), widać więc, że zarówno fani jak i ludzie z branży doceniają ich najbardziej kiedy pracują razem.
Etykiety:
hachette,
spider-man,
tim sale,
wielka kolekcja komiksów marvela
sobota, 15 marca 2014
She-Hulk: Samotna Zielona Kobieta
Bohaterka najonwszego tomu WKKM, She-Hulk aka Jenifer Walters jest dla polskiego czytelnika stosunkowo mało znaną postacią. Pojawiła się na drugim czy trzecim planie "Rodu M", "Wojny Domowej", "Avengers: Disassembled" (tu przez chwilę na pierwszym, ale i tak nie była zbyt istotna dla fabuły) i w jednym czy dwóch starych numerach TM-Semic, ale tak naprawdę niewiele o niej wiemy (my teoretyczni polscy czytelnicy komiksów Marvela, nieczytający ich w oryginalnych wydaniach). Ale w lekturze "Samotnej Zielonej Kobiety" to nie będzie wcale przeszkadzało, bo Dan Slott (autoru scenariusza) zadbał o to, żeby jego komiks był przystępny dla nowych czytelników a do czerpania przyjemności z lektury nie była potrzeba znajomość żadnych wcześniejszych przygód. Wszystkiego co potrzebne dowiecie się ze wstępu, a sprowadza się to do faktu, że Jen jest żeńską wersją Hulka, z zawodu i wykształcenia prawnikiem, a z zamiłowania członkinią Avengers.
Etykiety:
recenzja,
she-hulk,
wielka kolekcja komiksów marvela
czwartek, 27 lutego 2014
New Avengers: Breakout Vol. 1 HC (New Avengers: Ucieczka)
Bezpośrednio po wydarzeniach opisanych w "Upadku Avengers", wydanym ostatnio w Polsce przez Hachetta jako dziewiąty tom WKKM, a wcześniej także przez Muchę, po oryginalnym tytułem "Avengers: Disassembled", przygody Mścicieli przeniosły się na łamy nowego miesięcznika "New Avengers". Zmianie uległa nie tylko numeracja, która po dobiciu przez serię "Avengers" do pięćset trzeciego numeru została zrestartowana. Zupełnie nowy był także zespół bohaterów, który pojawił się na łamach "New Avengers", a biorąc pod uwagę zakończenie historii "Upadek Avengers" nie ma w tym nic dziwnego, bo starzy Mściciele się rozpadli, a kilkoro z nich straciło życie. Za najnowszą inkarnację najpotężniejszych superbohaterów Marvela odpowiedzialny był scenarzysta Brian Michael Bendis wspólnie z rysownikiem Davidem Finchem. Bendis swoją przygodę z Avengers rozpoczął od wymienionego już "Upadku" (stworzonego także wspólnie z Finchem), w którym jak twierdzą liczni fani wyczyścił sobie dość brutalnie przedpole, żeby móc swobodnie realizować własną wizję Mścicieli. Ale to nie miejsce na roztrząsanie sposobu, w jaki Bendis pozbył się starej obsady.
wtorek, 4 lutego 2014
Captain America: The Chosen (Kapitan Ameryka: Wybraniec)
Wielka Kolekcja Komiksów Marvela przekroczyła w tym tygodniu półmetek. Ukazał się właśnie numer trzydziesty pierwszy, czyli "Kapitan Ameryka: Wybraniec" ze scenariuszem Davida Morrella i Mitcha Breitweisera. Tego tomu nie kupiłem, bo już od jakiegoś czasu byłem szczęśliwym posiadaczem wydania oryginalnego, a teraz po ukazaniu się polskiej edycji zabrałem się w końcu do lektury. Nie jest to typowa opowieść o Kapitanie Ameryce. Głównym bohaterem nie jest tu Steve Rogers a kapral James Newman, żołnierz piechoty morskiej służący w Afganistanie. Newman to zwykły żołnierz, który nie uważa się za bohatera ani w ogóle nikogo wyjątkowego, ale to właśnie jemu ukazuje się Kapitan Ameryka (a może jego duch), który najwyraźniej ma o nim wyższe mniemanie. Kapitan, o ile to naprawdę on a nie zwidy ogłupiałego ze stresu wojaka, towarzyszy Newmanowi w jego misji w Afganistanie, gdyż ma co do niego pewne plany. Jednak zanim James dowie się, co los i Kapitan Ameryka dla niego szykują, będzie musiał sprawdzić się w kilku ekstremalnych sytuacjach. Na szczęście będzie mógł liczyć na pomoc herosa, który choć nie będzie w stanie wesprzeć go fizycznie, to zapewni Newmanowi dostęp do całego swojego doświadczenia. Przez cały komiks akcja toczy się dwutorowo. Główną osią akcji są perypetie Jamesa w Afganistanie, ale równolegle czytelnicy zapoznają się z przeszłością bohatera tytułowego oraz jej związkiem z teraźniejszością i przyszłością kaprala Newmana.
Etykiety:
hachette,
marvel,
recenzja,
wielka kolekcja komiksów marvela
niedziela, 26 stycznia 2014
Lux in Tenebris: Romowe
W roku 1039 książę Kazimierz Odnowiciel wysyła rycerza Wojmira i mnicha Jakusza z tajną misją. Mają odnaleźć zaginioną relikwię Świętego Wojciecha, a dokładnie jego głowę. W tym celu udają się na pogranicze Mazowsza i Prus, gdzie państwo polskie styka się z krajem pogan. Tam muszą się zmierzyć nie tylko z Prusami, ale także z poplecznikami zbuntowanego władcy Mazowsza - Mojsława. Być może będą mogli jednak liczyć na jakąś pomoc.
Tak pokrótce przedstawia się fabuła komiksu "Lux in Tenebris: Romowe" Sławomira Zajączkowskiego i Huberta Czajkowskiego. Mimo, że nie uniknął on kilku wad jest to moim zdaniem pozycja ciekawa.
Tak pokrótce przedstawia się fabuła komiksu "Lux in Tenebris: Romowe" Sławomira Zajączkowskiego i Huberta Czajkowskiego. Mimo, że nie uniknął on kilku wad jest to moim zdaniem pozycja ciekawa.
Etykiety:
komiks historyczny,
polski komiks,
recenzja
Subskrybuj:
Posty (Atom)





