Strony

wtorek, 17 grudnia 2013

Ultimates: Superludzie

Zgodnie z zapowiedzią z poprzedniego posta, dziś zapraszam na recenzję komiksu "Ultimates: Superludzie". Prezentuje on pierwszych sześć z trzynastu numerów mini-serii "The Ultimates" (pozostałe siedem Hachette ma wydać w jednym z kolejnych tomów Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela), będącej trzecim po "Ultimate Spider-Man" i "Ultimate X-Men" podejściem wydawnictwa Marvel do odświeżenia swoich bohaterów w ramach nowego (wówczas, to jest w 2002 roku) imprintu Ultimate Marvel. Tym razem na warsztat wzięci zostali Avengers, a odpowiedzialnymi za ich metamorfozę byli Mark Millar (odpowiedzialny także za scenariusz "Ultimate X-Men") oraz Bryan Hitch (znany m.in. z rysunków do "The Authority"). Założeniem nowego świata spod znaku Ultimate było uwspółcześnienie postaci, posiadających liczoną w dziesięcioleciach historię, opowiedzenie na nowo ich początków, zaprezentowanie odważniejszych, bardziej realistycznych historii i oczywiście przyciągnięcie nowych czytelników.

"Ultimates" nie stara się być dziełem ambitnym, ale w kategorii typowego komiksu superbohaterskiego jest po prostu rewelacyjny. Czysta rozrywka na bardzo wysokim poziomie, do tego świetnie narysowana. Zwłaszcza jeśli ktoś lubi realistyczną kreskę, ale w obszarze superhero to chyba dość oczywiste. Osobiście nie jestem wielkim fanem Bryana Hitcha. Jego szerokoekranowe kadry zawsze uważaem za przereklamowane i do dziś nie widzę w nich nic nadzwyczajnego. I choć w tej kategorii wolę Franka Quitely'ego, Jima Lee czy choćby Alana Davisa, to Hitcha uważam za co najmniej bardzo dobrego i nigdy się nie zawiodłem na jego rysunkach. Tak jest i w przypadku "Ultimates". Ładne kadry, dopracowane szczegóły, bohaterowie różniący się wyglądem i odrobina epickiego rozmachu. Hmm, chyba rzeczywiście czytanie tego komiksu ma coś wspólnego z oglądaniem dobrej hollywoodzkiej produkcji. A ta oprócz operator kamery potrzebuje jeszcze scenarzysty i reżysera, które to funkcje w przypadku "Ultimates" w jednej osobie łączy Mark Millar. I wypełnia je znakomicie.


Najpierw zabiera nas w sam środek tajnej misji armii amerykańskiej w czasie drugiej wojny światowej, podczas której Kapitan Ameryka poświęca swoje życie, żeby powstrzymać niemiecką super broń przed zniszczeniem Waszyngtonu. Zaraz potem przenosimy się w czasy współczesne, do roku 2002, żeby wspólnie z Tonym Starkiem podziwiać zapierający dech w piersiach krajobraz Himalajów. Następny przystanek to zniszczony przez Hulka Nowy Jork, który oglądamy razem z Nickiem Furym i Bruce'em Bannerem. W USA zostaniemy na dłużej, bo tutaj Nick Fury będzie kompletować swój sponsorowany przez rząd zespół super istot - Ultimates. Tutaj także drużyna stoczy walkę ze swoim pierwszym przeciwnikiem.

A wszystko to okraszone dobrymi dialogami, wypowiadanymi przez postacie, które są dla nas wiarygodne i nie pozostaną nam obojętne. Inna sprawa czy wszystkich polubimy, ale na pewno Mark postarał się, żeby byli prawdziwi i przekonywujący. Są też odpowiednio uwspółcześnieni, spotykają się z prezydentem Bushem Juniorem, rozważają którzy aktorzy powinni zagrać w filmie z ich przygodami (Fury stawia na Samuela L. Jacksona, co było nawiązaniem do jego wyglądu, ale biorąc pod uwagę obsadę "Avengers" Millar trafił w dziesiątkę).


I nie są bohaterami dla grzecznych dzieci.



Jak wspomniałem na początku "Ultimates" to czysta rozrywka, ale nie oznacza to samej akcji. Nie zabrakło też spokojniejszych momentów, w czasie których możemy lepiej poznać naszych bohaterów. Kapitan Ameryka, po przebudzeniu w XXI wieku, musi się na nowo urządzić, Tony Stark wyprawić przyjęcie, a Nick Fury zająć się team-buildingiem. Ale żadna z tych scen nie nudzi. Millar wciąga w swój ostateczny (z ang. ultimate) świat i choć całą historię czytałem już lata temu, to i tak czekam z niecierpliwością, aż Hachette wyda drugi tom.

Ocena: 9/10

PS W najbliższym czasie na blogu powinny ukazać się recenzje komiksów "Iron Man: Pięć koszmarów" oraz "X-Men: Obdarowani".

Tytuł: Ultimates: Superludzie
Tytuł oryginalny: The Ultimates: Super-human
Scenariusz: Mark Millar
Rysunki: Bryan Hitch
Tusz: Andrew Corrie
Kolory:Paul Mounts
Okładka: Bryan Hitch
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski
Oryginalne zeszyty: The Ultimates (vol. 1) #1-6

Wydawnictwo: Hachette
Cena okładkowa: 39,99 zł

6 komentarzy:

  1. Dla mnie przereklamowane - żaden bohater nie jest pozytywny każdy to psychol którego powinno się zamknąć. Szkoda raczej rynsztok niż superhero.

    OdpowiedzUsuń
  2. Cóż, przynajmniej są bardziej wiarygodnymi postaciami niż taki na przykład Superman.

    OdpowiedzUsuń
  3. Superman nie był człowiekiem :P był Super kosmitą!

    OdpowiedzUsuń
  4. ojoj, akurat z Fury'm to tutaj było tak, że oni faktycznie troszkę wcześniej zerżnęli twarz Jacksona, ten casting w komiksie był prztyczkiem Millara, który zaczął się mniej więcej pozwaniem Marvela przez Jacksona, a skończył podpisaną ugodą, że SLJ pozwala na wykorzystanie wizerunku pod warunkiem, że to on będzie grał Fury'ego w jakichkolwiek filmach. Biorąc pod uwagę, z ekomiks wyszedł koło 2000, a IM był w kinach w 2006, to gościu myślał przyszłościowo :D

    A co do samego komiksu- dla mnie kwintesencja trykociarstwa z okolic 2000-2010, nic tego nie przebija i jak chcę kogoś wciągnąć w trykoty, to zaczynam od tego, bo jest to historia zaczynająca się od zera i nie wymaga żadnej znajomości kontinuum. To też według mnie jest świetny Millar prowadzony przed dobrego edytora (znaczy bez głupich wyskoków jakie czasem miewa), świetny rysownik (kiepskawy kolorysta, jak Hitch ma lepsze kolory, to wygląda duuuużo lepiej) i tylko zawsze żałuję, jak rozwiązali wątek Thora w Ultimates 2. No, ale. No i naprawdę szkoda, że Loeb to potem wszystko rozwalił w Ultimates 3 i Ultimatum, które jest niestrawne i po prostu głupie. Potem było już tylko z górki- Millar ratował serię odrobinę w Ultimate Avengers wracając do tego klimatu. Niestety dla uniwersum, jest ono uważane za poletko eksperymentalne dla nowych scenarzystów i artystów, przez co seria pozaliczała kolejne wpadki. Chwalona seria Hickmana (choć i on nie świeżynka) totalnie nie wpadła klimatem i nawet nie pozakańczał wątków, potem wpadka z Humpriesem, nieco lepszy Fialkov, a teraz o zgrozo, zupełnie zmienili kierunek i Ultimates stali się drużyną nastek. Po prostu szkoda, że komukolwiek przestało zależeć na tym uniwersum i tylko Ultimate Spiderman trzyma jako taki poziom.

    Wracając do tematu- Ultimates 1 i 2 to perełka, kamień milowy w rozwoju gatunku na pewno. Wiem, że się wielu osobom nie podoba, zwłaszcza jeśli znają oryginalne uniwersum, ale moim zdaniem ta róznica jest właśnie najlepsza.

    A co do komentarza o Supciu wyżej, to w nim jest właśnie fajne to, że tak naprawdę mógłby być bogiem- super wszystko, uber, nad itepe. A nie jest, jest dobrym człowiek, bo został tak wychowany i to jest jego własna decyzja, być dobrym. Tylko szkoda, że mało kto to przedstawia w ten sposób i robią się z niego przeważnie flaki z olejem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za tak obszerny komentarz i witam na blogu.

      Nie znałem kulisów tej sprawy z Samuelem / Fury'm, dzięki za przybliżenie.

      A Ultimates to faktycznie kwintesencja uwspółcześnionego trykociarstwa, czyli dokładnie to czym powinna być linia Ultimate w Marvelu.

      A co do Supcia, to faktycznie fajne w nim jest/może być, że "jest dobrym człowiek, bo został tak wychowany i to jest jego własna decyzja, być dobrym" ale nawet to go nie uchrania przed byciem mało wiarygodnym w swoich wielu decyzjach i wyborach. Bo bycie dobrym człowiekiem nie musi zawsze oznaczać bycia super-harcerzykiem. No ale to temat na inną dyskusję.

      Usuń