Mini-seria "Wolverine", która ukazała się oryginalnie w 1982 roku w Stanach Zjednoczonych, niewątpliwie na stałe zapisała się w historii gatunku. To przecież pierwsza solowa historia tego, już wówczas bardzo popularnego superbohatera, dodatkowo napisana przez ojca sukcesu X-Men i wieeeeloletniego scenarzystę serii Uncanny X-men (był nim także w trakcie ukazywania się "Wolverine") - Chrisa Claremonta oraz narysowana przez uznanego już wówczas rysownika Franka Millera, który jednocześnie tworzył (był odpowiedzialny za scenariusz i rysunki) swój klasyczny już run w serii "Daredevil". Do dzisiaj każdy szanujący się fan amerykańskiego komiksu zna tą hisotrię przynajmniej ze słyszenia i wie, że była "ważna". Dodajmy jeszcze, że Wolverine jest jedną z moich ulubionych postaci komiksowych i bohaterem mojego komiksowego dzieciństwa (razem z Thorgalem, Tytusem de Zoo i wieloma innymi), a dostaniemy mój komiks marzeń.
Tak właśnie myślałem kiedy kilka lat temu kupowałem album Egmontu po raz pierwszy prezentujący tą klasyczną pozycję polskiemu czytelnikowi.